wtorek, 27 października 2015

Dongwoon - BEAST

Wena nie dopisuje ostatnio.
Dużo rzeczy zaczętych mało dokończonych.
Krytyka mile widziana .-.
Komentarze też.
*dedykacja dla dwóch wspaniałych Ad, słoneczek w deszczowe dni* 

 Trzasnęłam drzwiami. Może było to trochę niedojrzałe, ale po prostu był to odruch. Wydawało mi się, że przynajmniej tym wyładuję trochę swojej złości. Nie udało się jednak i jeszcze bardziej zdenerwowana wbiegłam po schodach.
-JiYeon! - usłyszałam wołanie.
Nie zwolniłam. Wpadłam do sypialni i bezradnie osunęłam się na podłogę. Łzy kuły moje powieki, zagryzłam więc wargi. Nie chciałam płakać. Nie mogłam pokazać jakiejkolwiek słabości.
-JiYeon – nadusił klamkę, ale w porę przekręciłam kluczyk. -JiYeon... Porozmawiaj ze mną. O co ci chodzi?
Prychnęłam.
-O co mi chodzi? Według ciebie to normalne, gdy twój chłopak udaje dla swojego dobra parę z inną dziewczyną? Serio? A gdybym to ja miała tak zrobić, to jakbyś się czuł? -nie wytrzymałam i łzy spłynęły mi po policzkach.
-To dla naszego dobra, nie tylko mojego. Dziennikarze zostawią cię w spokoju. Będziesz normalnie żyć – próbował wyjaśnić.
-Ale ja chcę żyć z tobą, nieważne czy normalnie, czy nie. Nie obchodzą mnie dziennikarze i fanki. Po prostu nie dam rady patrzeć, jak publicznie trzymacie się za ręce. To moje miejsce.
-Nikt nigdy ci go nie zabierze, rozumiesz?! - walnął w drzwi. Wystraszona wzdrygnęłam się. -Nikt nigdy nie zastąpi ciebie. Zwłaszcza JiHyun. Jesteś dla mnie najważniejsza i tak już będzie na zawsze. Tylko twoja dłoń idealnie pasuje do mojej i tylko ją będę trzymał z czułością. Z nią będę tylko grał, aby wieczorem wrócić do ciebie i cię przytulić. JiYeon to nie jest dla mnie łatwę, ale nie mogę się sprzeciwić CEO, które w tym wypadku ma rację.
Każde wypowiedziane zdanie nabrało sensu, a ja się poddałam. Kochałam go całym sercem i trudne było dla mnie życie bez niego. Bez tego uśmiechu, czułych gestów, a nawet rozrzuconych skarpetek.
Otworzyłam drzwi. Siedział oparty o ścianę. Na mój widok poderwał się na równe nogi i mocno mnie przytulił. Zacisnęłam palce na jego luźnym swetrze.
-Nie zostawiaj mnie, ok? - poprosiłam.
Nie uzyskałam odpowiedzi. Zamiast tego odszukał wargami moje i złączył je w pocałunku. Jak zawsze delikatnym i czułym, ale teraz był zapewnieniem dotrzymania obietnicy, a nie tylko pieszczotą.
~~
Starałam się. Starałam się wierzyć, że to dla naszego dobra. Wmawiałam sobie, że on tylko gra i mordowałam każdą cząstkę zazdrości, która się pojawiała. Cierpiałam najczęściej w samotności. Dongwoon chodził na treningi, a ja siedziałam w domu. W mediach dosłownie huczało o jego „związku” z JiHyun, więc unikałam ich jak ognia.
Żyłam tak już miesiąc. Widywałam się z nim raz w tygodniu. Ostatnimi czasy zostawał w wytwórni na noc i nasze spotkania odbywały się, kiedy wracał po czyste rzeczy. Miało być lepiej. Nie było. Można powiedzieć, że się pogorszyło.
Ocknęłam się z tych ponurych myśli. Zapłaciłam za kawę na wynos i miałam wychodzić z kawiarni. Coś mnie powstrzymało. Obraz Dongwoona i JiHyun na dużym plazmowym telewizorze. Trzymali się za ręce i przemierzali drogę z samochodu do drzwi wytwórni. Zacisnęłam palce na papierowym kubku, a reporterka wypowiadała się na temat pary. Jednak najbardziej bolał widok jego uśmiechu. Był taki naturalny i szczery...
Wybiegłam na zewnątrz, a nogi same poniosły mnie w stronę CUBE. Weszłam do środka wejściem dla personelu i skierowałam się do sali, gdzie BEAST przesiadywali najczęściej. Tak też było. Chłopcy przywitali mnie uśmiechami, ale brakowało tego jednego. Tego, który mnie pocieszał i podnosił na duchu.
-JiYeon! Dawno się nie widzieliśmy – Doojoon odezwał się jako pierwszy. -Jak tam u ciebie?
-Super! Nigdy nie było lepiej! Mam tyle swobody, jak nigdy! Zwłaszcza w pustym mieszkaniu, bo Dongwoon chyba zapomniał gdzie mieszka – wypaliłam.
Patrzyli po sobie zdziwieni.
-Ale jak to? Przecież wy... Wy już nie... Ale... - Yoseob miał problemy z wysłowieniem się.
-My co „nie”? - nie wiedziałam co myśleć. Czułam się jakbym spadała w dół przepaści, a dookoła nie było niczego, co mogłoby służyć jako pomoc. Jako ratunek.
-Przecież zerwaliście – oznajmił KiKwang.
Upadłam. Nogi się pode mną zagięły i upadłam. To co powiedział do mnie nie dotarło. Co? Co Dongwoon im powiedział? Dlaczego tak myślą? Co tu się dzieje?
-Gdzie on jest? - wyszeptałam.
-JiYeon... - próbowali mnie uspokoić.
-GDZIE ON DO CHOLERY JEST?! - wrzasnęłam.
-W sali tanecznej na górze – odpowiedział HyunSeung.
Wstałam i ruszyłam w wyznaczonym kierunku. W głowie mi huczało, a żołądek zacisnął się w supeł. Nie chciałam zaakceptować myśli, że Dongwoon mógłby okłamać mnie czy zespół. Nie należał do osób, które bawiły się czyimiś uczuciami. Tak mi się przynajmniej wydawało.
Otworzyłam drzwi z rozmachem, a cała ta energia wyparowała, kiedy zobaczyłam go obejmującego JiHyun. Siedzieli na kanapie i śmiali się. Do czasu. Do czasu, kiedy zauważyli mnie. Przez twarz Dongwoon przemknęło przerażenie.
-Teraz też grasz?! Bo jeśli tak to kurwa rola warta Oscara! - podeszłam bliżej. -Nie wiem co to za film, ale ja nie chcę już w nim grać! - pchnęłam go, kiedy wstał. -Jesteś chujem. Wiesz o tym? I to dużym – chciał chwycić mnie za dłoń, ale ją odsunęłam. -Nie dotykaj mnie. Nigdy.
-JiYeon... - zaczął.
-CO?! Teraz też wciśniesz mi jakiś gówniany kit?! Wiesz co Dongwoon... Miałam cię za kogoś lepszego! Jakim prawem mówisz wszystkim, że nie jesteśmy razem, a miesiąc wcześniej mówisz mi, że nigdy mnie nie zostawisz?! Nie rozumiem cię i tego całego przedstawienia.
-JiYeon...
-Nie. Nie odzywaj się jeśli masz zamiar kłamać. Do domu też nie wracaj. Ah! Tak tego nie robisz! - odwróciłam się na pięcie i wyszłam. Dopiero za drzwiami maska opadła i łzy ozdobiły moje policzki.
~~
Przyjechał za mną. Próbował rozmawiać, ale go ignorowałam. Pakowałam jego rzeczy, a on stał w drzwiach i się przyglądał. Wyglądał tak kurewsko idealnie i ta rzeczywistość wydawała się jeszcze bardziej absurdalna.
Zapięłam suwak i postawiłam walizkę na ziemi.
-Oddaj klucze – rozkazałam.
-JiYeon – chciałam przerwać. -Siedź cicho i pozwól mi wyjaśnić. Powiedziałem im tak, bo wiedziałem, że nie poprą tego pomysłu. Że nas wydadzą. Wiem to głupie, ale chciałem dobrze!
-Nie widzisz, że wyszło gorzej! Mogłeś mówić prawdę poczynając od naszego związku! - usiadłam na łóżku. -Wiesz jak bardzo mnie to wszystko bolało?! Ile łez kosztowało?!
-A mnie nie?! Wydaje ci się, że mogłem zasnąć bez ciebie obok?! Że łatwo mi się uśmiechało idąc z JiHyun przed tymi wszystkimi kamerami?! JiYeon kocham cię! Nie chcę odchodzić i wiem, że ty też nie chcesz abym odszedł – uklęknął obok mnie.
-Boję się – wyznałam zakrywając twarz dłońmi. -Boję się, że znowu mnie oszukasz.
-Jeśli znowu to zrobię, odejdę. Obiecuję ci, że więcej cię nie zranię – wytarł kciukiem moją brodę. -I nie płacz, bo też będę – uśmiechnął się, Mur otaczający moje serce runął.
Co ja mogłam na to, że kochałam tego gnojka bardziej niż to możliwe. Potrzebowałam go tak samo jak powietrza i jedzenia. Dzięki niemu moje życie miało sens.
-Kocham cię – powiedział. Ujął moją twarz w dłonie i zmusił do spojrzenia w czekoladowe oczy. -Kocham cię, jak wariat i nie przestanę! Ani teraz, ani nigdy! I w dupie mam CEO! - wstał i podszedł do drzwi balkonowych. Otworzył je i wyszedł z pokoju. Zdziwiona zrobiłam to samo. Chwycił moją dłoń i krzyknął – KOCHAM KIM JIYEON! KOCHAM JĄ!
Serce waliło mi, jak oszalałe, ze szczęścia i z przerażenia bo pod domem stali dziennikarze. Nie przejął się tym i pocałował mnie.
-Jesteś głupi – zaśmiałam się.
-Wiem, ale nie ma ideałów.

Są. I taki właśnie stał przede mną. Tylko mój.

środa, 24 czerwca 2015

Hoya - INFINITE


 Nigdy nie miałam nic przeciwko pracy niani. Kochałam dzieci i kochałam się nimi zajmować, ale tylko i wyłącznie gdy to są DZIECI, a nie dwudziestoparoletni faceci.
W zalałam osiem kubków gorącą wodą i po kuchni rozniósł się przyjemny zapach herbaty. Ułożyłam grzanki na talerzu, a jego przeniosłam na stół.
-Śniadanie! - wydarłam się.
Długo nie czekałam na odgłos pierwszych bosych stóp. Oczywiście był to zawsze głodny Dongwoo. Przywitał mnie szerokim uśmiechem i usiadł na swoim miejscu. Kolejno przyszli Sungjong, Myungsoo, Woohyun, Sungyeol i Sunggyu. Kogoś brakowało.
-Gdzie Hoya? - spytałam, podając każdemu gorący napój.
-Pewnie jeszcze śpi – stwierdził lider, pożerając już drugą kanapkę.
-Pójdę go obudzić – oznajmiłam.
Lee Howon... Cóż można powiedzieć? Zakochałam się. Najzwyczajniej w świecie darzyłam uczuciem idola nastolatek. Żałosne i dołujące. Nie mogłam mu tego wyznać... Jego kariera legła by w gruzach.
Zapukałam do drzwi. Długo nikt nie odpowiadał, więc po prostu weszłam do środka. Zdziwiłam się na widok pustego łóżka. Podeszłam bliżej i zauważyłam karteczkę na stoliku nocnym.

Jestem na treningu”

-Co on... - pokręciłam głową.
Ostatnio szybciej wychodził i dłużej zostawał. Rozumiem. Zbliżał się comeback, ale on się przemęcza! Daje z siebie więcej niż może i niedługo odbije się to na jego zdrowiu.
Wróciłam do kuchni. Zespół już się szykował do wyjścia, więc zapakowałam trochę jedzenia do torby i dołączyłam do nich.

~*~

Po spotkaniu z menagerem i zdaniu mu dokładnego raportu postanowiłam, że znajdę Hoyę i wepchnę w niego zaległe śniadanie.
Oczywiście wiedziałam, że znajduje się w sali tanecznej i tam właśnie się udałam. Całkowicie pochłonęła go muzyka. Uwielbiałam przyglądać się, kiedy był w tym stanie. Całkowicie odcięty od świata. Tylko on i muzyka. Nic poza tym. Nic.
Serce mi pękło, kiedy zobaczyłam, jak upada.
-Wiedziałam! - podbiegłam szybko do niego. -Nic ci nie jest? Pabo!
Skarciłam go, ale pomogłam mu wstać i przedostać się pod ścianę, gdzie się usiedliśmy.
-Co tu robisz? - spytał, masując obolałą kostkę.
-A ty? Pokaż mi to – odtrąciłam jego dłonie.
Nie wyglądało to ciekawie. Kończyna była mocno spuchnięta i na pewno nie była to świeża kontuzja. Głupek chował to przede mną.
-Jak długo? - zapytałam.
-Miesiąc – odpowiedział.
-MIESIĄC?! CZY TY CHCESZ SIĘ OKALECZYĆ?! - wybuchłam. -Serio myślałam, że masz trochę oleju w głowie. Twoje zachowanie jest strasznie nieodpowiedzialne.
Zamartwiałam się coraz bardziej, wytykując mu to wszystko, a on zaśmiał się cicho. ZAŚMIAŁ. Jakby to w jakimkolwiek procencie było zabawne.
Zmierzyłam go zimnym spojrzeniem.
-Twoja reakcja jest trochę nie na miejscu – skarciłam go.
-Przepraszam, ale... Wyglądasz tak słodko, kiedy się złościsz – wyznał, co całkowicie zbiło mnie z tropu.
-M-mwoh?
Przysunął się bliżej mnie, a moje serce właśnie biegło maraton. Spojrzał na mnie tymi swoimi ciemnymi, błyszczącymi oczami, które nie raz śniły mi się po nocach.
-Jesteś wspaniałą dziewczyną. Uwielbiam cię każdą cząstką siebie. Każdą komórką, z której składa się moje ciało. Nie wyobrażam sobie, jakby wyglądało moje życie, gdybym cię nie poznał. Kocham, kiedy rano mnie budzisz i kiedy wieczorem wyganiasz do łóżka. Gdyby nie posiłki, które szykujesz nam codziennie pewnie bym umarł z głodu. Gdy uda mi się wywołać twój uśmiech staję się najszczęśliwszym facetem na ziemi. Całe moje istnienie i funkcjonowanie fizyczne i psychiczne jest uzależnione od twojej osoby. Musisz być obok mnie, abym mógł przetrwać.
Zamurowało mnie. Nigdy nie dopuszczałam do siebie myśli, że ten chłopak może coś do mnie czuć. Cokolwiek, nawet nienawiść, a jest wręcz odwrotnie.
Naprawdę nie wiedziałam co powiedzieć, w końcu się jednak przełamałam.
-Hoya... Nie rób tego więcej, ok? Nie trenuj, jeśli widzisz, że zamiast korzyści niesie to ze sobą szkody. Co ja zrobię jeśli się zranisz? Pomyślałeś o tym? Jeśli coś do mnie czujesz nie powinieneś sprawiać mi kolejnych zmartwień i trosk – ujęłam jego twarz w dłonie. -Zrozumiano?
-Czyli... Czy... Ty... Ty też...
-Tak głupku. – zaśmiałam się, a on przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Powoli i czule. Przekazaliśmy sobie miłość skrywaną przez cały ten czas, kiedy mijaliśmy się raczej obojętnie. Wszystko było by idealnie, gdyby nie głośne burczenie w brzuchu chłopaka.
-Przepraszam – zarumienił się.
-Spokojnie. Przyniosłam ci śniadanie.
-Co ja bym bez ciebie zrobił? - wdzięczny szperał w reklamówce.
-Jak już mówiłeś... Umarłbyś z głodu – przytulił mnie. -Co z nogą?
-Przy tobie nic mnie nie boli – podzielił się ze mną batonem.
-Pabo! Musisz iść do lekarza – obruszyłam się.
-Pójdę, jeśli pójdziesz ze mną – oznajmił.
-Szantaż – stwierdziłam.
-Kocham cię – powiedział całując mnie w czoło.
-Tak, tak. Już to wiem.




Mam nadzieję, że wam sie podoba ^^
Co do opowiadanka o EXO to następny rozdział pojawi się dopiero za około tydzień.
Przepraszam.

wtorek, 9 czerwca 2015

WooHyun - Infinite


Pogoda robi swoje...

Drogi Woohyunie.
Witaj. Jak leci? U mnie? Nie za kolorowo.
To ja SooAh. Ta dziewczyna, z którą się przyjaźniłeś.
Po co ja to właściwie piszę?
Nie wiem. Po prostu poczułam, że muszę to zrobić. Być może to moja ostatnia rozmowa z Tobą. Ostatnie spotkanie nie było godne zapamiętania, a musisz wiedzieć, że chcę zachować tylko te najlepsze wspomnienia.
Dlaczego się od siebie oddaliliśmy? Nadal tego nie pojmuję. Zawsze byliśmy nierozłączni, a teraz? Teraz jesteśmy dla siebie prawie obcy. Nie będę kłamać. To Twoja wina. Może brzmi to brutalnie, ale taka prawda. Chociaż ja też nie jestem święta.
Zostawiłeś mnie.
Nie przyszedłeś, kiedy tak bardzo Cię potrzebowałam. Kiedy ja zwijałam się ze smutku i bólu, Ty bawiłeś się na imprezie ze swoją dziewczyną.
Wiesz co? Nigdy jej nie lubiłam. Od samego początku wydawała mi się dwulicowa i sztuczna. Ty jednak oszalałeś na jej punkcie.
Heh... Pamiętam, jak przyszedłeś do mnie i się pochwaliłeś, że się umówiliście. Powiedziałam, że się cieszę, ale to było kłamstwo. Dlaczego? Miałam powiedzieć, że jej nie znoszę, bo mi Cię zabiera?
Potem kłamałam coraz częściej. To było coraz bardziej Naturalne.
Pewnego dnia zauważyłam Was idących za rękę. To właśnie wtedy moje serce upadło i już nigdy się nie podniosło. Jednak zamiast wyznać Ci uczucia, pogratulowałam.
Widzisz? Kolejne kłamstwo.
Czułam się okropnie, ale kochałam Cię na tyle mocno, że starałam się cieszyć Twoim szczęściem. Nie wychodziło mi to.
Za każdym razem gdy Was widziałam, miałam ochotę wydrapać jej oczy i zedrzeć tapetę z twarzy, a Ciebie chciałam wepchnąć pod rozpędzoną ciężarówkę.
Powstrzymywałam się. Uwierz mi. Cudem.
W pewną sobotę mieliśmy się spotkać. W końcu mieliśmy spędzić czas razem. Sami. Tak jak dawniej.
Kiedy byłam w pełni gotowa do wyjścia i schodziłam na dół... Straciłam przytomność i spadłam ze schodów. Wylądowałam w szpitalu. Moja mama zadzwoniła do Ciebie i przeprosiła za moją nieobecność, ale Ty nie wiedziałeś o co chodzi.
Zapomniałeś.
Cieszyłam się, że to spotkanie nie wypaliło. Stałabym tam sama i czekała na Ciebie, a Ty i tak byś nie przyszedł.
Nie odwiedziłeś mnie w szpitalu. Przyszli wszyscy znajomi, ale Ciebie nie było.
Można powiedzieć, że znikałeś z mojego życia. Widywałam Cię tylko w szkole. Zdobyłeś nowych znajomych i to z nimi jadałeś w stołówce, grałeś na boisku i czytałeś w bibliotece.
Ciekawe czy wtedy pamiętałeś o mnie? Przecież tak wiele razy jedliśmy razem, tak wiele razy ograłeś mnie w kosza i tak wiele godzin spędzaliśmy na wspólnym czytaniu.
Woohyun... Ja nadal Cię kocham!
Kocham każdą cząstką ciała.
Budzę się rano z nadzieją, że napisałeś sms! Nadal nie dopuszczam myśli, że Cię utraciłam... Ja walczę. To jest strasznie wyczerpujące w moim stanie.
Właśnie.
Chciałam się pożegnać, ale nie tak jak ostatnio.
Pamiętasz? Udało mi się Ciebie spotkać na szkolnym korytarzu. Zdziwiłam się, bo byłeś sam. Przywitałam się i zapytałam, co u Ciebie. Odpowiedziałeś, że dobrze, ale musisz się spieszyć, bo ona czeka. Zatrzymałam Cię. Poprosiłam o rozmowę. Chyba płakałam. Zignorowałeś mnie. Poszedłeś dalej... Po tym nawet nie próbowałam się do Ciebie zbliżać. Zostawiłam Cię w spokoju. Wróciłam do obserwowania.
Kto by pomyślał, że przestaniemy się znać.
Wiesz ile nam to czasu zajęło?
Straciliśmy całkowity kontakt po dwóch miesiącach, piętnastu dniach i trzech godzinach Twojej znajomości z nią. W tak krótkim czasie straciliśmy przyjaźń, którą budowaliśmy przez osiem lat. Porównaj sobie... Osiem lat... Dwa miesiące.
Byłam z Tobą dłużej. Przeżywałam z Tobą wszystkie niegodziwości losu. Jedliśmy razem lody śmietankowe, chociaż ich nie znoszę!
Straciłam wątek. Wybacz.
Co do pożegnania...
Moje omdlenia zdażały się coraz częściej. Przychodziły tak nagle... W wannie, przy stole, w szkole, a nawet na przejściu dla pieszych.
Potem pojawiły się nudności, bóle głowy...
Woohyun, ja umieram.
Każdy dzień, oddech, mrugnięcie może być moim ostatnim. Nie mam pewności, że jak pójdę spać, to rano się obudzę. Nie chcę odejść ze świadomością, że straciłam najlepszego przyjaciela i jedyną miłość w moim marnym życiu.
Każdy ma ostatnie życzenie. Moim jest rozmowa z Tobą. Taka jak kiedyś. Z puszką lodów, nawet śmietankowych, włączoną komedią i całą nocą przed nami.
A jeśli nie?
To nic. Bądź szczęśliwy i od czasu do czasu wspomnij o mnie.
Wspomnij jak będziesz jadł lody, jak będziesz grał w kosza lub czytał książkę.
Kocham Cię. Będę Cię kochać do końca. Nawet jeśli miałby nadejść jutro, za godzinę, za sekundę czy…"

Emocje szarpały jego wnętrzem.
Jeszcze żyła.
Wiedział, że nie ma wiele czasu. Jednak wiedział, że musi ją przeprosić. Nawet jeśli miałby paść na kolana i błagać o wybaczenie.
Pokonał biegiem pięć kilometrów. Nigdy tyle nie przebiegł... Ale też nigdy nie tracił ważnej osoby. Był jak w transie. Gdyby kazano mu skoczyć z okna, a w dodatku dając zapewnienie, że ona przeżyje, skoczyłby. Bez zastanowienia.
Wbiegł do szpitala.
Kierował się znakami ONKOLOGIA.
Dotarł na odpowiednie piętro. Na korytarzu zastał państwo Kim. Kobieta chowała twarz w dłoniach i wyraźnie płakała. Jej mąż tulił ją do siebie, dodając otuchy.
To on przywiózł list.
Woohyun zdeterminowany otworzył drzwi i wszedł do sali. Już po chwili znikąd pojawiła się pielęgniarka.
-Proszę wyjść.
-Nie - zacisnął dłonie w pięści. -Muszę z nią zostać.
-Proszę wyjść - nalegała.
-Pozwól mu - usłyszał głos pana Kim. -Pozwól mu, proszę.
Pielęgniarka zmierzyła go chłodnym wzrokiem, ale ustąpiła.
Cała energia z niego uleciała, kiedy drzwi się zamknęły i został sam na sam z... Z dziewczyną, która miała najcudniejszy uśmiech na świecie. Z dziewczyną, która była wytrwała i uparta. Która nie opuściła go w żadnej trudnej sytuacji... Którą odtrącił i porzucił.
Podszedł do łóżka.
Każdy odgłos jego kroku mieszał się z szumem, pikaniem i dudnieniem szpitalnego sprzętu.
Usiadł na stołku.
Ten widok go ranił.
Spała, albo przynajmniej tak wyglądała. Nieskończenie wiele rurek wprowadzało lub odprowadzało jakieś substancje z jej ciała.
Widział jak walczy o każdy oddech. To dobrze, pomyślał. Oddycha samodzielnie.
Delikatnie dotknął jej dłoni, którą zdobił biały wenflon. Była zimna. Schylił się i zaczął ogrzewać ją własnym oddechem.
Już kiedyś tak robił. Wybrali się wtedy na lodowisko. W szóstej klasie. To właśnie wtedy jego serce zabiło szybciej po raz pierwszy.
-SooAh - wyszeptał. -Jestem tu.
Odgarnął jej włosy ze spoconego czoła. Któreś z urządzeń zapikało szybciej. Słyszała go.
-Zapomniałem kupić lody - próbował zażartować. -A szkoda. Mam ochotę na śmietankowe.
Nie wiedział co robić. Mówić dalej czy po prostu siedzieć i z nią być? Może powinien się pożegnać?
-Przeczytałem list - wyznał, a w oczach zebrały się łzy. –Jedyne, co przychodzi mi na myśl to głupie przepraszam. Wiesz, co jest najgorsze? Że spanikowałem... Ja... Lubię cię. Co ja gadam? Kocham. Bałem się przyznać. Myślałem, że mnie odtrącisz... Byłem z nią tylko dlatego, aby o tobie zapomnieć... Udawałem.
Płakał. Słone łzy spadały na jej dłoń.
-Udawałem przed samym sobą, że nie chcę cię znać. Bojąc się odtrącenia sam to zrobiłem. Jestem śmieciem. Bezwartościowym łajdakiem.
Położył głowę delikatnie na jej brzuchu.
-Nie odchodź. Zostań. Zjedz ze mną lody, zagraj w kosza. Proszę cię! Dam ci wygrać. Po prostu bądź. Bądź ze mną. Zostań - oddech mu się urywał.
Już nad sobą nie panował. Jak mógł dopuścić do tej sytuacji?! Jak mógł zranić tak cudowną osobę jaką była Kim SooAh?
Nagle poczuł muśnięcie.
Podniósł się. Dziewczyna patrzyła na niego spod przymrużonych powiek. Wiecznie roześmiane oczy teraz pozbawione były iskierek. Ciemne cienie pod oczami podkreślały bladość jej cery.
-Woo... Woo... Hyun - jej głos był szorstki i na pewno sprawiał jej wiele bólu.
-Cicho - otarł łzy. -Nie męcz się.
Przyłożyła dłoń na jego policzku. Tak bardzo tego pragnął. Nikt nie może jej zabrać. Nikt.
-Ko... Ko... cham... Cię - słabo uniosła kącik ust.
-Ja ciebie też. Całym sercem, które jest nic niewarte. Przepraszam. Boże, SooAh, kocham cię! - nie wiedział co mówi. Nie kontrolował tego.
Chciała coś powiedzieć. 
Nie pozwolił jej dokończyć.
Nachylił się i złączył ich usta w pocałunku. Delikatny niczym muśnięcie skrzydeł motyla, ale zawierał w sobie więcej miłości, namiętności i wierności niż inne gwałtowne pieszczoty.
Łzy Woohyuna spływały teraz po jej twarzy, a równomierne pikanie przyspieszyło.
Była szczęśliwa tak jak chciała.
-Dzię...kuję - wyszeptała.
Rozległ się równy pisk.
Wszystko zamarło.
Jej oczy. Jej oddech. Jej serce.
Został sam.
Ostatni raz dotknął jej policzka. Ostatni raz cmoknął ją w usta. Ostatni raz pogładził po włosach. Taką ją zapamięta.
Piękną i delikatną. Na zawsze.


środa, 25 marca 2015

EunKwang - BTOB




Zwykle notka jest na końcu, ale dzisiaj to zmieniam XD
Po pierwsze. Przepraszam, że mnie tyle nie było, ale nauka i bierzmowanie ;;
Teraz postaram się coś wrzucać raz w tygodniu!
Po drugie. Widziałam prośby o opowiadania na zamówienie... O tym stworzę nowy post.
Po trzecie.
To opowiadanie dedykowane jest mojej Adzie! Laska kocham cię!
Było to dla mnie wyzwanie. Nie znam BTOB i pisałam je za pomocą wskazówek Ady.
Mam nadzieję, że mi wyszło. Proszę was o ocenę!

 Wyjrzałam przez okno. Mama wraz z ojczymem pakowała pudła do busa. Już dzisiaj część naszych rzeczy wylatywała do Ameryki. Pod nich nogami plątała się SeYoo. Uśmiechnięta ośmiolatka biegała od samochodu do werandy i z powrotem. Podziwiałam ją za tą nieskończoną energię.
Siostrzyczka była niezwykle ładniutka. Miała europejskie rysy, ale urodę Azjatki. Dlaczego europejskie? Nasza mama jest Polką. Ja zresztą też, ale urodziłam się w Korei. Długa i pokręcona historia. Mama powiedziała mi kiedyś, że mój ojciec ją zostawił zaraz po tym jak powiedziała mu o ciąży. Na szczęście już wtedy znała JunHoo i razem wyjechali do jego ojczyzny.
Teraz znowu czekało ich opuszczenie kraju. Ojczym dostał awans. Miał zostać prezesem czegoś tam w Ameryce. Oczywiście chciał nas zabrać ze sobą. Ja jednak dostałam propozycje ukończenia liceum w Korei. Wiedziałam, że jeśli zostanę mama będzie się strasznie martwić, więc postanowiłam jechać z nimi.
-Kochanie – mama weszła do pokoju. - Musisz zacząć się pakować – uśmiechnęła się słabo.
-Dobrze – oznajmiłam, a ona wyszła.
Chwyciłam karton, który stał tu już od jakiegoś czasu, i zaczęłam chować do niego puchary i medale. Grałam w siatkówkę. Razem z drużyną odniosłyśmy dość sporo sukcesów w tym roku. I pomyśleć, że to dzięki sportowi poznałam jego.
Można powiedzieć, że największe szczęście w moim życiu.

Do meczu została jakaś godzina. Trener dawał ostatnie rady, a potem pozwolił nam iść powłóczyć się po okolicy. Razem z SooNeul i MiJae rozsiadłyśmy się na trybunach, chcąc oszczędzać siłę przed spotkaniem. Akurat trwały letnie wakacje i sporo nastolatków przyszło na halę.
-Dobra. Nie jest zabawnie – oznajmiła MiJae. - Zaczynam się stresować. Zawalę. Przedupię – schowała twarz w dłoniach.
-Spróbuj tylko, a ci nakopię – zagroziła Neul swoim uroczym głosikiem.
-A ja poprawię po niej – przyłączyłam się.
Nasze twórcze myślenie, jak to sprawimy, że Jae zostanie inwalidką przerwały śmiechy. Obejrzałyśmy się. Nad nami zajmowała miejsca grupka chłopaków. Było ich siedmiu, a hałas robili, jakby przyszli w dwudziestu. Moją uwagę przykuł chłopak z rudawymi włosami. Usiadł pośrodku nich i chyba śmiał się najgłośniej.
Nasze spojrzenia się spotkały. Wpatrywał się we mnie przenikliwie, a ja nie mogłam odwrócić wzroku. Chłopak puścił mi oczko i wyszczerzył się w uśmiechu.
Speszona szybko się odwróciłam.
-Chyba powinnyśmy stąd iść – oznajmiłam. - Chyba znaczy na pewno.
Przyjaciółki spojrzały na mnie jak na debilkę.
-Nie widzę potrzeby – SooNeul wygodniej rozsiadła się na plastikowym krześle.
-Młoda ma rację, jest dobrze.
No nie wierzę. Czy one robią to specjalnie, czy są po prostu tak leniwe?!
-Ej! Złotowłosa! - usłyszałam za moimi plecami.
Postanowiłam się nie reagować.
-Roszpunka! - znowu.
-Chyba cię wołają – Neul szturchnęła mnie w ramię. - Odpowiedz, a nie... Niedostępną zgrywasz – zachichotała.
-Barbie! - ponowne nawoływanie.
-Barbie!? Serio?! - spojrzałam na nich. - Nie stać was na nic bardziej oryginalnego?
Rudowłosego wyraźnie zadowoliła moja reakcja.
-Powiedz mi jak masz na imię, to już nigdy więcej nie nazwę cię Barbie – uśmiechnął się.
Sprytne zagranie.
-Śmieszny jesteś – powiedziałam ironicznie. - Może od razu adres zamieszkania i numer telefonu?
Klasnął w dłonie.
-Jeśli już jesteś tak miła – przygryzł wargę. - No weź. Muszę wiedzieć komu mam kibicować.
-No właśnie! Powiedz mu bo się załamie! - dopowiedział któryś z jego kumpli.
-Powiedz mu bo ja cię połamię – szturchnęła mnie MiJae. - A wiem, że Neul się dołączy.
Zastanowiłam się chwilę.
-Ada. Jestem Ada.

Zakleiłam karton i wystawiłam go na korytarz. To teraz kolej pozbyć się zdjęć ze ścian.
W ramkach uwiecznione były różne momenty mojego życia: mama przytulająca małe zawiniątko, ja z SeYoo, świrnięta trójka – ja MiJae i SooNeul, no i EunKwang.
To było moje ulubione zdjęcie. Zrobiliśmy je pierwszego dnia w szkole.
Pokręcone. Okazało się, że jest o rok starszy i chodzi do tego liceum, w którym ja zaczynałam naukę.

-To przeznaczenie! - objął mnie ramieniem. - Będziemy na siebie wpadać do czasu, aż ci się oświadczę, a potem będziemy mieli dzieci.
Siedzieliśmy na stołówce. Dosłownie zaciągnęli nas siłą do swojego stolika. Dziewczyną to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, były zachwycone.
-Śmieszny jesteś – strąciłam jego rękę. - Nie w tym życiu.
Zrobił minę zbitego pieska.
-Zraniłaś mnie – udał szloch.
-Po prostu próbuję ci przekazać, że twój podryw jest tandetny. Wysil się -chwyciłam plecak i chciałam wstać, ale on pociągnął mnie w dół i ponownie usiadłam.
Wyciągnął przed siebie rękę i zanim zdążyłam się zorientować zrobił nam zdjęcie.
-Ustawię sobie na tapetę -zrobił jak powiedział. - I ekran blokady. I na laptopie też.
Zaśmiałam się.
-Nadal cienko. Czekam na coś z ogromem kwiatków i serduszek – poczochrałam jego grzywkę i poszłam.

Szybko ogołociłam ściany. Wydawało mi się, że pokój stawał się coraz bardziej obcy.
Westchnęłam i pochowałam wszystko z biurka i szafek z różnymi gratami.
W jednej z szuflad znalazłam czerwoną bilę z liczbą siedem i poczułam, jak łzy zebrały mi się w oczach.
Dostałam ją na naszej pierwszej „randce”. Tak. Zabrał mnie do salonu gier i graliśmy w bilard.

-Każdy normalny zabiera dziewczynę do kina lub kawiarni – zaśmiałam się.
-Po pierwsze: nie jestem każdy. Po drugie: nie jestem normalny i po trzecie: JESZCZE nie jesteś moją dziewczyną – wyliczył.
Fakt. Szliśmy tam jako para przyjaciół. Zwykły kumpelski wypad.
-Pabo – parsknęłam.
Tego wieczoru nauczyłam się grać w bilard. EunKwang był genialnym nauczycielem. Znaczy... Byłby, gdyby nie fakt, że cały czas znajdował się bardzo blisko mnie, a ja nie mogłam się skupić. Zdarzyła się nawet klasyczna akcja z pokazaniem, jak poprawnie trzymać kij.
Objął mnie od tyłu i ujął dłoń w swoją. Klasyka? Tak. Ale nie potrafiłam uspokoić myśli, a przede wszystkim mojego serca, które najwyraźniej chciało uciec z klatki piersiowej.
Z odpowiednią siłą uderzył w białą bilę, a ta z kolei pchnęła kolejną, która wpadła do siatki.
-Widzisz to proste – wyjął kulę, która przed chwilą wbił. - Masz.
Podał mi ją.
-Po co? - zmarszczyłam brwi.
-Żebyś miała do czego wspominać – wyjaśnił. - A poza tym siódemka to moja szczęśliwa liczba, a czerwony to ulubiony kolor.
-Ściemniasz – obracałam bilę w dłoniach.
-Masz rację. Wolę niebieski

Dlaczego to mnie tak bardzo bolało? Dlaczego nie mogłam się po prostu spakować, wyjechać i zapomnieć?
Zapomnieć o szczęściu, radości, miłych chwilach, przyjaciołach i miłości. Zapomnieć o całym życiu. To jednak byłoby zbyt proste.
Rozległo się pukanie i do pokoju weszła SeYoo. Uśmiechnięta od uch do ucha rozsiadła się na łóżku.
-Ale tu pusto – rozejrzała się. - U mnie też tak jest. Zostały tylko meble – chwyciła mój telefon. Zawsze to robiła. - Unnie dlaczego zmieniłaś tapetę? Tamta była lepsza...
Na poprzedniej znajdował się nikt inny jak EunKwang... Miał poważną minę – co rzadko mu się zdarzało – a grzywka lekko opadała mu na oczy. Teraz jednak zastąpiłam go krajobrazem.
-Przyjdzie nas pożegnać? - spytała.
-Ani – odpowiedziałam siadając obok niej.
-Dlaczego? - trochę się zawiodła. Bardzo go lubiła. Zawsze coś dla niej przynosił i się z nią bawił. Najbardziej lubiła jak udawał goryla. Był w tym dobry... Bardzo dobry.
-Widzisz... Ma inne plany – próbowałam coś wymyślić.
-Kłamiesz! On cię lubi! Zawsze do ciebie przyjdzie – spojrzała na mnie z wyrzutem, a ja poczułam się głupio.
-Przepraszam – wyszeptałam i poczułam łzy na moich policzkach.
SeYoo przytuliła mnie mocno.
-Będziesz tęsknić, prawda? - jej głosik przynosił mi lekką ulgę.
-Tak.

*

Do wieczora pozbyłam się wszystkich rzeczy. Leżały gotowe do wylotu. Ja też byłam już w pełni spakowana.
Leżąc na łóżku wpatrywałam się w ekran telefonu. Miałam ochotę zadzwonić do dziewczyn, ale obiecałam sobie, że nie zrobię tego przed wyjazdem.
Wiedziałam, że nie wytrzymałabym pożegnania. Sprawiłabym im tylko smutek.
Nagle dostałam sms.
EunKwang.
„Wszystko dobrze? Nie odzywasz się od dwóch dni. Martwię się!”
-Nic nie jest dobrze! - powiedziałam sama do siebie i rzuciłam telefonem. - Nic nie jest dobrze!
Zakryłam twarz poduszką i pozwoliłam sobie na łzy i wspomnienia.

-To jesteście parą, czy nie? - SooNeul przeglądała uważnie wieszaki z ubraniami.
-Nie – odpowiedziałam.
-Aha. Nie jesteście parą, a od dwóch godzin łazimy po sklepach i szukamy dla niego gwiazdkowego prezentu – stwierdziła Jae. - Świetnie.
Spojrzałam na nie. Brały mnie pod włos. Przyznałam się już, że zaczynam go lubić. Coraz częściej też spędzaliśmy wspólnie czas, ale to nie był związek. Chyba.
-To ma być tylko przyjacielski upominek – wywróciłam oczami. - Drobiazg.
-No to może to? - nie wiem skąd Neul wytrzasnęła pluszaka marchewkę. - Urocze.
-Nie. EunKwang chciałby, aby marchewki, papierosy i owady zniknęły z tego świata – wypaliłam zanim zdążyłam się powstrzymać.
-To było dziwne – MiJae spoglądała na mnie jak na wariatkę. -To co może sobie żyć swobodnie na tym świecie?
Zastanowiłam się.
-Lubi Nurungi i Harrego Pottera... I bilard. A! I gra na pianinie – wymieniałam.
-Jeśli to nie jest para to ja jestem Frankenstein! - SooNeul załamana wyszła ze sklepu.

Usłyszałam wibracje telefonu z drugiego końca pokoju. Zignorowałam to.

Nasze relacje bardziej się zacisnęły, ale nadal nie byliśmy parą. Przynajmniej nie dla mnie.
-Gdzie mnie zabierasz? - spytałam, kiedy zawiązał mi chustkę na oczach. - Powinnam się bać?
W odpowiedzi zaśmiał się tym swoim diabolicznych śmiechem, po czym poczułam, jak tracę grunt pod nogami.
-Spokojnie. Tylko zamknę cię w wieży niczym Roszpunkę – wsadził mnie do samochodu.
-A będzie smok? - zaśmiałam się. Nic nie widziałam...
-Nie, ale wydaje mi się, że ja wystarczę.
Jechaliśmy może z piętnaście minut, kiedy się zatrzymał, wyciągnął mnie i poczułam jak wchodzi po schodach. Słyszałam jego oddech. Jezu żeby dźwigać mnie po schodach... Nienormalny.
Dotarliśmy i postawił mnie na ziemi. Szybko zdjęłam materiał z oczu i mnie dosłownie zamurowało.
Staliśmy na dachu jakiegoś budynku. Po całej podłodze porozrzucane były kwiaty i powycinane serca. Na środku leżał koc, a na nim koszyk.
-Kiedyś mówiłaś, że chcesz kwiatków i serduszek – mówił tuż przy moim uchu. - Proszę bardzo.
-EunKwang... Ja... - nie wiedziałam co powiedzieć.
-Ada – chwycił moją twarz, tak, że musiałam patrzeć mu w oczy. - Nie chcę, abyś była moją przyjaciółką. Znaczy chcę, ale też chcę, żebyś była kimś więcej. Znaczy już jesteś... - nie potrafił składać logicznych zdań. - Lubię cię. Bardzo cię lubię.
-Oppa...
-Możliwe, że właśnie zniszczę wszystkie nasze relacje. Przepraszam.
Przyciągnął mnie do siebie i pocałował. Delikatnie i ostrożnie. Oddałam pieszczotę dając mu znak, że nie mam nic przeciwko. Usłyszałam jęk ulgi, kiedy zatopił palce w moich włosach.
-Dziękuję – wyszeptałam.

Telefon dzwonił cały czas. Wstałam po niego. Na ekranie wyświetlało się imię...
Oparłam się o ścianę ściskając urządzenie w dłoniach. Nie miałam odwagi odebrać.
Nagle usłyszałam pukanie. Jednak nie było to pukanie w drzwi tylko... w okno? Ostrożnie podeszłam do szyby.
Myślałam, że umrę! Na zewnętrznym parapecie siedział EunKwang z telefonem przyciśniętym do ucha.
Patrzył mi w oczy, a ja zamiast mu otworzyć, odbrałam.
-Miałaś zamiar mi powiedzieć? - był smutny.
-Jak? Kto? - wiedział o wyprowadzce. Jednak od kogo? Nikt nie wiedział. Nawet dziewczyny.
-SeYoo – odpowiedział.- Zadzwoniła i wszystko powiedziała. Dlaczego nic nie mówiłaś?
Przygryzłam wargę.
-Dlatego – poczułam łzy. - Wiedziałam, że przyjdziesz, a ja nie chciałam się żegnać. Nie potrafię!
-Więc lepiej mnie zostawić w nieświadomości?!
Zraniłam go.
-Nie – płakałam. - Nie chcę cię w ogóle zostawiać! Ze świadomością, czy bez! Chcę zostać!
-Więc zostań – przyłożył dłoń do szyby. - Ada... Ja kupiłem mieszkanie specjalnie dla nas! Blisko mojej nowej uczelni i liceum, abyś nie musiała dojeżdżać. Zostań ze mną.
-Nie mogę. Muszę jechać z mamą – załakałam.
-Twoja mama o wszystkim wie! To miała być niespodzianka, ale jak widać nie wypali.
Serce miałam rozdarte.
-Naprawdę? - spytałam.
Skinął głową
-Ada zostań! Jak mam wstawać rano ze świadomością, że cię nie zobaczę? Jak mam żyć skoro nie będę miał dla kogo?!
Nie wytrzymałam i otworzyłam okno, a on dosłownie wpadł d o środka.
Przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam. Mocno i namiętnie. Tęskniłam za jego obecnością i pochłaniałam jego ciepło. Opadliśmy na łóżko.
-Zostań, rozumiesz? - to już nie była prośba, on błagał.
-Tak – wtuliłam się w niego.
-Wszystko załatwię – zapewnił. - Nie martw się.
-Dobrze – nagle w mojej głowie pojawiło się pytanie. - Oppa?
-Ne?
-Jak tu wszedłeś? - zmarszczyłam brwi.
-Zawsze mówiłem, że mam nadprzyrodzone moce – zaśmiał się.
Zrobiłam to samo. Miałam zamiar już do końca życia śmiać się z nim, leżąc obok.